Pechowcy z Aten: Robert Krawczyk
dodano: Niedziela, 27 Wrzesień 2009 (10:22)
W sporcie obowiązują 3 zasady by być najlepszym z najlepszych. Po pierwsze trzeba być fachowcem w danej dziedzinie, po drugie trzeba mieć odrobinę szczęścia i po trzecie nie mieć życiowego pecha.
Przed sierpniem 2004 roku, patrząc na aktualny poziom sportowy judoki Roberta Krawczyka i zdobytą pozycję w światowym judo, można było przypuszczać, że przywiezie on z Aten olimpijski medal. Według dyrektora sportowego PZJudo, Jarosława Wołowicza, Krawczyk jest wzorem sportowca pod wieloma względami. Jego atuty to sumienność, uczciwość, ogromna pracowitość i towarzysząca mu zawsze skromność. To jeden z najbardziej zdeterminowanych polskich judoków do osiągnięcia sukcesów w polskim i światowym judo.
Nic więc dziwnego że czwartego dnia Igrzysk Olimpijskich w Atenach serca wszystkich kibiców polskich zaczęły bić mocniej. Oto bowiem na olimpijskim tatami stanął polski judoka Robert Krawczyk. Brązowy medalista ostatnich mistrzostw świata miał tu walczyć o medal. I rzeczywiście wygrał jedną walkę, drugą, trzecią... aż w końcu przyszedł półfinał z ukraińskim judoką. Pan Robert walczył świetnie i na pięć sekund przed końcem walki prowadził z przewagą dwóch kok. Niewiele, bo to jest najmniej punktowana akcja w judo, ale przewaga to przewaga. No więc zostało pięć sekund, a judocy zaczynali walkę od pozycji stojąc czyli jakieś półtora metra od siebie. Przypominam, że do końca walki zostało pięć sekund. No i tak. Co przez te pięć sekund mógł robić nasz judoka? Mógł stać w miejscu, mógł się troszkę cofać, mógł iść w prawo, mógł iść w lewo, mógł też zrobić groźną minę żeby nie dostać kary za pasywność. Tymczasem pan Robert ruszył do przodu, pochylił się, zaatakował Ukraińca, Przeciwnik skontrował i na sekundę, dwie przed końcem walki Polak pofrunął na plecy, a Gontiuk wygrał przez ippon. Krawczyk pięć sekund przed końcem półfinałowej walki mógł skakać do góry i cieszyć się z awansu do finału. Ale on wolał... podłozyć sie Ukraińcowi i przegrać. Żegnaj medalu. Krawczyk nie tylko dla rywala był wspaniałomyślny: brązowy medal oddał Brazylijczykowi markując walkę.
- Ta przegrana o finał z Gontiukiem to był absolutny przypadek. Kontrolował ten pojedynek i prowadził. Popełnił fatalny błąd z powodu zmęczenia i emocji - tłumaczył trener polskich judoków, Wiesław Błach.
Robert Krawczyk o swojej porażce: (tuż po Igrzyskach w Atenach)
Decyzję, co do mojej przyszłości, podejmę w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Na pewno nie myślę o końcu kariery... Na razie trenuję sobie na luzie i nie myślę o sportowej rywalizacji. Mam pewien problem ze sobą, ale poradzę z nim sobie sam. Nie wierzę w sztaby naukowców i psychologów, w różne terapie. Po mojej olimpijskiej porażce przeczytałem, że to było czystej wody frajerstwo. To mnie zniechęciło do prasy. Nawet przedstawiciele Polskiego Komitetu Olimpijskiego tak mówili. To było bardzo krzywdzące. Ludzie zapominają, że sport jest nieobliczalny, płata różne figle.
Pewnie, że jest mi żal. To były moje drugie igrzyska i znowu medal przeszedł mi koło nosa.
Ta walka z Ukraińcem To były odruchy, ostatnie sekundy. Ale gdybym miał walczyć z nim jeszcze raz, zachowałbym się tak samo. Nie przestałbym atakować, mimo że do końca brakowało paru sekund, a ja prowadziłem. To było zwykłe markowanie, gość nie zareagował i mnie skontrował.
Gdybym przegrał wcześniej, na przykład z Amerykaninem, nie byłoby tego szumu wokół mnie. Porażka ma też i swoje dobre strony. Wiem, na kogo mogę liczyć, a na kogo nie.
Ci, którzy uważają, że zachowałem się jak frajer, są w wielkim błędzie. Muszę uporządkować swoje sprawy, ale o końcu kariery nie może być mowy. Po powrocie z igrzysk spotkałem się z Waldemarem Legieniem, rozmowa z nim bardzo mnie podbudowała. Dodała mi sił i pewności siebie. Nie będę mówił o szczegółach, ale pan Legień to dla mnie największy autorytet.
Komentarze