MMA: Pudzian "zniszczył" Najmana
dodano: Poniedziałek, 14 Grudzień 2009 (22:30)
Nie interesuję się specjalnie sportami walki. Nie wiem dlaczego, ale coś jest w tym takiego, że nie pociąga mnie ani boks, ani K-1, czy MMA lub wrestling. Jednakże jeśli zdarzy się raz na jakiś czas taka walka, jak Gołota vs. Adamek, czy właśnie Pudzianowski vs. Najman to z czystej ciekawości, okiem amatora, zdarzy mi się obejrzeć. Moja opinia będzie zatem opinią przeciętnego człowieka, który sporadycznie ma kontakt ze sportami walki (bo tak właśnie jest).
Aby choć odrobinę zrozumieć o co chodzi w MMA, zdecydowałem się na obejrzenie innych, wcześniejszych pojedynków. Nie rozumiałem kliku rzeczy, o których mówili komentatorzy (Andrzej Janisz i Łukasz Jurkowski), ale to dlatego, że nigdy wcześniej nie oglądałem walk mieszanych sztuk walki. Dla mnie (jako osoby, która nie zna się na tej dyscyplinie) najlepsze były początki starć, a później jak dochodziło do walk w parterze, to zacząłem się gubić. "Ile ten pod nim musi leżeć, żeby to się skończyło?! Dlaczego ten, który jest przygniatany ma dużą szansę atakować i komentatorzy zaczynają się podniecać?!" - myślałem.
Gdy miało dojść do walki wieczoru... zasnąłem. Obejrzałem w sobotnie południe powtórkę i mam mieszane uczucia. Dlaczego Najman tak bardzo się przechwalał przed walką? Owszem, chciał udowodnić, że Mariusza się NIE BOI. Ale tak, jak sam powiedział po walce, "chciał wytrzymać minutę". Musiał zatem wiedzieć co go czeka. Z drugiej strony jednak mógł liczyć na olbrzymią dawkę szczęścia. "Może mu ucieknę, może raz, drugi kopnę - mógł pomyśleć", ale niemal z każdej strony był na straconej pozycji!. Przecież mu nie "dowali", bo nie ma tyle siły. Nie rozłoży go, bo Pudzianowski i tak szybko się podniesie. Gdyby próbował uciekać... sami widzieliśmy... Podziwiam go jednak za to, iż w ogóle stanął do walki. Ja na 200% nie zrobiłbym tego, więc brawa za odwagę dla Marcina.
Spójrzmy teraz od strony zwycięzcy. Myślę, że trenował bardzo dużo i zaczął od samych podstaw, bo patrząc na innych, którzy nie zdecydowali się na choć chwilę takiej furii. Ten troszkę obadał, co można spróbować (zajęło mu to... hmmm... 8-10 sekund), począł realizować jedną z możliwości i skończył walkę w ciągu pół minuty. (Nawet sędziemu zajęło trochę czasu odciągnięcie jednago od drugiego...). Tamci, usprawiedliwić się mogą tym, że nie majątakich warunków jak Pudzian. Fakt.
Z zupełnej ciekawości będę śledził losy Pudziana w tym sporcie, ale tylko z dwóch powodów:
1. Jesteśmy z Mariuszem z jednego miasta :)
2. Chciałbym poznać kres jego możliwości, ale to może nie być wcale łatwe
To tyle z mojej (bardzo amatorskiej) strony o tej walce. Zgodnie z tym, co napisałem w pierwszym wpisie, bardzo rzadko będę pisał o takim wydarzeniu, jak to z piątku. Po prostu to była taka wyjątkowa sytuacja, obok której nie można było przejść obojętnie...
Komentarze